Czego to ciocie w przedszkolu nie wymyślą... Mała dumnie pokazuje, co dzisiaj w przedszkolu wyprodukowała. Nie obrazek. Nie wyklejanka. Nie malowany kubeczek.
Płaskie, chrupkie, słodkie, spersonalizowane.
Zgadliście?
Herbatnik z odciskiem Lii dłoni.
Nie wiemy, czy w przedszkolu jest piekarnia, ale wiemy, że został skonsumowany przez właścicielkę odcisku w mgnieniu oka. Do ostatniego okruszka.
środa, 26 września 2012
wtorek, 25 września 2012
Do przedszkola w ortezach
Ten rok w przedszkolu od początku wygląda zupełnie inaczej. Pani fizjoterapeutka zaproponowała, żeby Lia spróbowała chodzić do przedszkola w ortezach. Że może być fajnie. I od razu zawiozła do przedszkola inny chodzik, lżejszy i z lepszym podparciem w biodrach.
Przekonała też panie przedszkolanki, żeby pod jej okiem nauczyły się zdejmować Lii ortezy.
I zaczęliśmy. Rano Lia zostaje w przedszkolu w ortezach, bawi się na stojąco, asekurowana chodzikiem. Podoba jej się, że stoi tak jak inne dzieci, nareszcie też widać, jaka jest wysoka. Czasami siedzi też na krzesełku, mimo że wywinięte brzegi ortez na pewno nie są zbyt wygodnie. Po godzinie-półtorej ortezy z nóg.
Od razu pierwszego dnia okazało się, że nowy chodzik może i dobry jest do ortez, ale Lia zupełnie nie daje sobie w nim rady na własnych nogach. Panie z przedszkola poprosiły więc, żeby przyprowadzać też jej stary Krokodylek, który mimo że mniej wymyślny, to toczy się dużo gładziej i podobno daje małej dużo więcej niezależności.
Tak więc teraz mamy w przedszkolu ortezy i dwa chodziki.
Pani fizjoterapeutka chce jeszcze przymierzyć Lię do innego chodzika, tym razem firmy Quest88, który zresztą oglądaliśmy kiedyś na targach Kidz South i wcale nie byliśmy zachwyceni. Na przymiarki jedziemy więc z umiarkowanym optymizmem.
No ale fakt faktem, ze swojego Krokodylka Lia wyrasta. Zastanawiamy się, co będzie dalej, jak tak będzie dalej rosła: w Anglii takich Krokodylków nie dostarczają, a w niczym innym Lia nie porusza się tak sprawnie.
Ktoś wie, jak ją przekonać, żeby zaczęła chodzić bez chodzika? ;)
Przekonała też panie przedszkolanki, żeby pod jej okiem nauczyły się zdejmować Lii ortezy.
I zaczęliśmy. Rano Lia zostaje w przedszkolu w ortezach, bawi się na stojąco, asekurowana chodzikiem. Podoba jej się, że stoi tak jak inne dzieci, nareszcie też widać, jaka jest wysoka. Czasami siedzi też na krzesełku, mimo że wywinięte brzegi ortez na pewno nie są zbyt wygodnie. Po godzinie-półtorej ortezy z nóg.
Od razu pierwszego dnia okazało się, że nowy chodzik może i dobry jest do ortez, ale Lia zupełnie nie daje sobie w nim rady na własnych nogach. Panie z przedszkola poprosiły więc, żeby przyprowadzać też jej stary Krokodylek, który mimo że mniej wymyślny, to toczy się dużo gładziej i podobno daje małej dużo więcej niezależności.
Tak więc teraz mamy w przedszkolu ortezy i dwa chodziki.
Pani fizjoterapeutka chce jeszcze przymierzyć Lię do innego chodzika, tym razem firmy Quest88, który zresztą oglądaliśmy kiedyś na targach Kidz South i wcale nie byliśmy zachwyceni. Na przymiarki jedziemy więc z umiarkowanym optymizmem.
No ale fakt faktem, ze swojego Krokodylka Lia wyrasta. Zastanawiamy się, co będzie dalej, jak tak będzie dalej rosła: w Anglii takich Krokodylków nie dostarczają, a w niczym innym Lia nie porusza się tak sprawnie.
Ktoś wie, jak ją przekonać, żeby zaczęła chodzić bez chodzika? ;)
High School
Aż trudno uwierzyć. Nasza mała Asia, teraz już chyba panna Jaśmina, poszła do gimnazjum. Jedenaście lat skończone – w Anglii zaczyna się High School.
Pamiętam doskonale te pierwsze dni każdego września, kiedy wracającego z wakacji człowieka naraz uderzała jak obuchem brutalna rzeczywistość: tygodni i miesięcy do spędzenia w szkolnej ławce. Porannych wędrówek w marznącej mżawce. Dojazdów zimnymi, brudnymi autobusami. Tej starej-nowej klasy z numerkiem wyższym o jeden, od poprzedniej różniącej się tylko zapachem świeżych podręczników, ulatniającym się zresztą po pierwszej lekcji.
W tym większym szoku jesteśmy, że Asia do szkoły poszła bez oporu, a z każdym dniem chodzi tam coraz chętniej. Teraz do szkoły nie idzie już pół godziny – ledwie kwadrans spacerem i jest przed szkołą. A że na nowy rok szkolny dostała od taty rower, to w tę czy z powrotem nawet nie ma pięciu minut.
No chyba że po drodze – zwykle po powrotnej drodze – jakimś dziwnym trafem nagle wypadnie coś bardzo pilnego, pilniejszego nawet niż nakarmienie zgłodniałego żołądka. Na przykład zbieranie kasztanów z koleżanką jedną albo drugą. Albo w ogóle odwiezienie koleżanki do domu "po drodze".
Ale grunt, że Jaśminka jest zadowolona. Przyniosła ostatnio kartkę z nazwami szkolnych klubów i kółek i oznajmiła, że zapisze się na wszystko, na co się da. Nawet do takich kółek, które spotykają się w przerwie obiadowej. Że będzie jeść bardzo szybko albo w ogóle odpuści sobie obiad.
No normalnie szczena na ziemi.
Pamiętam doskonale te pierwsze dni każdego września, kiedy wracającego z wakacji człowieka naraz uderzała jak obuchem brutalna rzeczywistość: tygodni i miesięcy do spędzenia w szkolnej ławce. Porannych wędrówek w marznącej mżawce. Dojazdów zimnymi, brudnymi autobusami. Tej starej-nowej klasy z numerkiem wyższym o jeden, od poprzedniej różniącej się tylko zapachem świeżych podręczników, ulatniającym się zresztą po pierwszej lekcji.
W tym większym szoku jesteśmy, że Asia do szkoły poszła bez oporu, a z każdym dniem chodzi tam coraz chętniej. Teraz do szkoły nie idzie już pół godziny – ledwie kwadrans spacerem i jest przed szkołą. A że na nowy rok szkolny dostała od taty rower, to w tę czy z powrotem nawet nie ma pięciu minut.
No chyba że po drodze – zwykle po powrotnej drodze – jakimś dziwnym trafem nagle wypadnie coś bardzo pilnego, pilniejszego nawet niż nakarmienie zgłodniałego żołądka. Na przykład zbieranie kasztanów z koleżanką jedną albo drugą. Albo w ogóle odwiezienie koleżanki do domu "po drodze".
Ale grunt, że Jaśminka jest zadowolona. Przyniosła ostatnio kartkę z nazwami szkolnych klubów i kółek i oznajmiła, że zapisze się na wszystko, na co się da. Nawet do takich kółek, które spotykają się w przerwie obiadowej. Że będzie jeść bardzo szybko albo w ogóle odpuści sobie obiad.
No normalnie szczena na ziemi.
Orzeczenie
Odkąd o chorobie Lii dowiedzieli się lekarze i pracownicy socjalni, słyszymy tylko, że musimy wystąpić dla Lii o SEN Statement, Orzeczenie o Specjalnych Potrzebach Edukacyjnych. Że tak będzie lepiej, że wszyscy to robią, że to jest potrzebne, żeby miała wsparcie w szkole.
Bo do szkoły idzie się w Anglii już w wieku 4 lat. Czyli za rok...
Ale nawet tyczy się przedszkola. Papier SEN podaje bowiem, ile pieniędzy szkoła czy przedszkole otrzyma od gminy na wsparcie niepełnosprawnego dziecka. A potrzeby musi za każdym razem oficjalnie ustalić zespół specjalistów...
Tak więc odkąd w lutym poszły do gminy papiery na orzeczenie, Lię zaczęli badać różni specjaliści: pediatra, fizjoterapeuta, logopeda, specjalista od terapii zajęciowej, psycholog edukacyjny. Opinię pisało przedszkole. No i oczywiście wypowiedzieć się musieli rodzice.
Pod koniec sierpnia wyjąłem ze skrzynki grubaśną kopertę, w środku ze sto kartek papieru, kopie wszystkich raportów. Proponowany Statement.
I co? Z tych wszystkich raportów urzędnicy gminni wywnioskowali tyle, że największymi potrzebami Lii powinny być "potrzeba rozwijania niezależności" i "wsparcie w zmaganiu się z frustracją".
Bo do szkoły idzie się w Anglii już w wieku 4 lat. Czyli za rok...
Ale nawet tyczy się przedszkola. Papier SEN podaje bowiem, ile pieniędzy szkoła czy przedszkole otrzyma od gminy na wsparcie niepełnosprawnego dziecka. A potrzeby musi za każdym razem oficjalnie ustalić zespół specjalistów...
Tak więc odkąd w lutym poszły do gminy papiery na orzeczenie, Lię zaczęli badać różni specjaliści: pediatra, fizjoterapeuta, logopeda, specjalista od terapii zajęciowej, psycholog edukacyjny. Opinię pisało przedszkole. No i oczywiście wypowiedzieć się musieli rodzice.
Pod koniec sierpnia wyjąłem ze skrzynki grubaśną kopertę, w środku ze sto kartek papieru, kopie wszystkich raportów. Proponowany Statement.
I co? Z tych wszystkich raportów urzędnicy gminni wywnioskowali tyle, że największymi potrzebami Lii powinny być "potrzeba rozwijania niezależności" i "wsparcie w zmaganiu się z frustracją".
Babcia
Wrzesień, pora wracać z wakacji, również na bloga. Dziewczyny przyleciały z Polski, ale nie same: przywiozły Babcię. Nie tę Babcię, którą nosi po świecie i która była u nas w zeszłym roku. Tym razem przybyła Babcia, która rzadko wypuszcza się na wojaże, nawet niedalekie.
Wprawdzie nie był to pierwszy wyjazd Babci za granicę, ale w Anglii akurat jeszcze nie była – dlatego trzeba było Babci pokazać kawałek kraju.
Głównym punktem programu była oczywiście wizyta (wizytacja?) przedszkola Lii i nowej szkoły Asi (gimnazjalistką się zostało!). Przedszkolem zachwycona – choć budyneczek trochę podupadły, to zabawek dużo jest. Szkoły za to dało się obejrzeć tylko z zewnątrz.
Poza tym – Tamiza:
...opływająca mało wyględny pałac króla Henryka VIII:
Wprawdzie nie był to pierwszy wyjazd Babci za granicę, ale w Anglii akurat jeszcze nie była – dlatego trzeba było Babci pokazać kawałek kraju.
Głównym punktem programu była oczywiście wizyta (wizytacja?) przedszkola Lii i nowej szkoły Asi (gimnazjalistką się zostało!). Przedszkolem zachwycona – choć budyneczek trochę podupadły, to zabawek dużo jest. Szkoły za to dało się obejrzeć tylko z zewnątrz.
Poza tym – Tamiza:
...opływająca mało wyględny pałac króla Henryka VIII:
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Spotkania i jazdy próbne
Urzędujemy sobie więc nadal u Dziadków. Ale ponieważ Dziadkowie rezydują za miastem, a my jesteśmy niezmotoryzowane, urzędujemy stacjonarnie. I może z Lią by się nawet jakoś dało autobusem podmiejskim gdzieś dojechać, ale z Wizzybugiem to już zupełnie nie da rady.
Wdzięcznym sercem przyjmujemy więc wszystkie odwiedziny. A tych w ostatnim tygodniu było wiele i gwarno nam tu było i wesoło.
Odwiedził nas najpierw Patryk z Rodzicami. Oczywiście było przymierzanie Wizzybuga i Patryk radził sobie świetnie, a musiał być przy tym bardzo dzielny, bo nieustannie wypadały skądś nasze psy i próbowały go dokładnie obwąchać i ucałować.
Wpadli do nas też mały Franek i Wojtek. Poznaliśmy kolejnych fantastycznych ludzi i od razu było jasne, że chłopaki lubią czerwone samochody :) Kiedy Jaśminka z wojtkową siostrą Olą buszowały w malinach, Wojtek i Franek jeździli na zmianę, a Bajka, nasza spanielka, szalała ze szczęścia widząc tyle dziecięcych łapek apetycznie oblepionych okruszkami ciastek.
Wdzięcznym sercem przyjmujemy więc wszystkie odwiedziny. A tych w ostatnim tygodniu było wiele i gwarno nam tu było i wesoło.
Odwiedził nas najpierw Patryk z Rodzicami. Oczywiście było przymierzanie Wizzybuga i Patryk radził sobie świetnie, a musiał być przy tym bardzo dzielny, bo nieustannie wypadały skądś nasze psy i próbowały go dokładnie obwąchać i ucałować.
Wpadli do nas też mały Franek i Wojtek. Poznaliśmy kolejnych fantastycznych ludzi i od razu było jasne, że chłopaki lubią czerwone samochody :) Kiedy Jaśminka z wojtkową siostrą Olą buszowały w malinach, Wojtek i Franek jeździli na zmianę, a Bajka, nasza spanielka, szalała ze szczęścia widząc tyle dziecięcych łapek apetycznie oblepionych okruszkami ciastek.
Śpiąca Królewna
Miesiąc już urzędujemy u Babci. Nie piszemy, ale to wcale nie znaczy, że nic się nie dzieje. Przeciwnie: urzędujemy tak intensywnie, że wieczorami padamy pokotem na twarz i wszelkie sprawozdania są przekładane na niedoprecyzowaną przyszłość, po czym nikną w mrokach niepamięci.
Nie wszystkie.
Ciągle jeszcze śni nam się czasami, jak po pierwszym dniu intensywnej eksploracji ogrodu Lia, śladem Śpiącej Królewny, zapadła w sen tak głęboki, że żaden Królewicz wezwany w trybie pilnym nic nie pomógł, temperatura spadła do zupełnie śmiesznych wartości, cukier również*, i dopiero kiedy Dobre Wróżki na OIOM-ie wkroczyły z kroplówką z bonusem z glukozy, Lia otworzyła oczka. Nie był to może sen stuletni, ale po dziewiętnastu godzinach też można zgłodnieć – i gdy Królewna Lia zażądała natychmiast i donośnie jedzenia i picia, Dobre Wróżki powyciągały wenflony i odprawiły nas uprzejmie, acz zdecydowanie do domu.
I wtedy w sen zapadła mama Królewny :)
———————
* 35,5°C i 29 mg/dl odpowiednio
Nie wszystkie.
Ciągle jeszcze śni nam się czasami, jak po pierwszym dniu intensywnej eksploracji ogrodu Lia, śladem Śpiącej Królewny, zapadła w sen tak głęboki, że żaden Królewicz wezwany w trybie pilnym nic nie pomógł, temperatura spadła do zupełnie śmiesznych wartości, cukier również*, i dopiero kiedy Dobre Wróżki na OIOM-ie wkroczyły z kroplówką z bonusem z glukozy, Lia otworzyła oczka. Nie był to może sen stuletni, ale po dziewiętnastu godzinach też można zgłodnieć – i gdy Królewna Lia zażądała natychmiast i donośnie jedzenia i picia, Dobre Wróżki powyciągały wenflony i odprawiły nas uprzejmie, acz zdecydowanie do domu.
I wtedy w sen zapadła mama Królewny :)
———————
* 35,5°C i 29 mg/dl odpowiednio
Subskrybuj:
Posty (Atom)

